Diora podróżuje cz. I

Od trzech lat, szukając pomysłów na wakacje, szerokim łukiem omijam biura podróży i wszelkie zorganizowane formy wypoczynku. Uwielbiam być niezależna, potrzebuję tego jak kania dżdżu – taki ustrój. Czasy zdecydowanie sprzyjają, internet daje nieograniczone możliwości poszukiwania miejscówek spełniających osobiste kryteria, a ja mam jakiś dziwaczny talent do wyłuskiwania nietypowych destynacji.

Jak obczaiłam Bułgarię, to trafiliśmy do kompleksu owszem, podrasowanego o indywidualne kuchnie i łazienki, ale jednak pamiętającego czasy słusznie minione. Bezcenna okazała się odległość od popularnych miast i towarzyszącego im łomotu. Mieliśmy do dyspozycji domek, położony w cudownie zacienionym zagajniku, dający wytchnienie od upałów. Jak zdecydowałam się na Bałtyk, to zrobiliśmy sobie, całkiem niechcący, wczasy sentymentalne. Wyżywienie: stołówka, plastikowe dzbanki z kawą zbożową, dżemik na spodku od herbaty, wydzielona precyzyjnie wg ustalonej gramatury pasztetowa, zastawa z logiem FWP (dla młodszych rozwijam: „Fundusz Wczasów Pracowniczych” – kiedyś, w zamierzchłej przeszłości, zakłady pracy dofinansowywały wypoczynek zatrudnionych). Plac zabaw: stary, dobry, z metalowymi drabinkami i niemiłosiernie kwiczącymi huśtawkami. Teren: ogromny, niespotykany w dzisiejszej rzeczywistości drogich jak nieszczęście gruntów, usiany niegdyś luksusowymi, drewnianymi domkami, mającymi na wyposażeniu jedynie łóżka, bardzo mizerny aneks kuchenny oraz wielgaśne szyby – ich mieszkańcy byli zmuszeni korzystać ze wspólnych domów kąpielowych, urządzonych gdzieś pomiędzy latami siedemdziesiątymi i osiemdziesiątymi. Myśmy wynajęli akurat „wypas”, rozbudowany i posiadający własną łazienkę, niemniej ździebko wilgotny, umeblowany sprężynowymi wersalkami. Tego wszystkiego oczywiście dowiedzieliśmy się dopiero na miejscu, ponieważ zdjęcia w ofercie prezentowały się znacznie okazalej. Najpierw wkurzyłam się porządnie, ale już po chwili łezka mi się w oku zakręciła, bo całe moje jestestwo krzyczało: wróciłaś do dzieciństwa! Ciesz się głupia, nie narzekaj! Mając wybór pomiędzy permanentnym niezadowoleniem a potraktowaniem całej sytuacji jako fantastyczny, choć niespodziewany wehikuł czasu zdecydowałam się to drugie. Wspominam z wielkim rozczuleniem i ucieszoną michą. Wszyscy moi rówieśnicy i starsi ode mnie, kiedy obejrzą poniższe zdjęcia, wzruszą się z całą pewnością.

Widelec talerz sniadanie2 sniadanie plac Domki do kawiarni 2calepluspol

W tym roku postanowiłam, że przetestujemy polecaną przez wielu znajomych Chorwację. Z wrodzoną sobie dociekliwością rzuciłam się na jeden z serwisów, oferujących sprawdzone obiekty. Mam dwa  żelazne kryteria – muszę mieć balkon, taras lub ogródek oraz osobne wejście, bez klatki schodowej, korytarza z mnóstwem drzwi i dźwięków od sąsiadów. To jest przyczyną, dla której odpadają klasyczne hotele i pensjonaty. Zaczęłam od zabukowania miejscówki na tzw. chorwackiej riwierze, ale w ostatniej chwili zorientowałam się, że nie posiada balkonu ani tarasu, więc na szybkości znalazłam coś innego, nie nad pełnym morzem, tylko czymś w rodzaju zatoki, połączonej z Adriatykiem kanałem.

Kiedy przyjechaliśmy późnym wieczorem – ok. 23:00 – i udaliśmy się na rekonesans byłam przerażona… Kilka istniejących knajpek właśnie się zwijało, sklepy zamknięte na głucho, paru niedobitków plątało się po głównej drodze (oczywiście pozbawionej chodnika), za to wściekle głośną muzyką rąbał dość siermiężny lunapark, zorganizowany na… głównej plaży… Młoda pomacała najbliższe dno wody i oświadczyła: „fujble, same oślizgłe kamienie i glony”… Wizja wypoczynku z takim tłem dźwiękowym i niemożnością skorzystania z wody, postawiła mi włosy na głowie. Zaczęłam nerwowo przeliczać koszt codziennych wycieczek do innych miejscowości.

Pomimo pierwszych wrażeń rano dzielnie pomaszerowaliśmy na plażę. I cóż się okazało? Po pierwsze wesołe miasteczko otwiera się dopiero o 19:00, czyli wtedy, kiedy wszyscy opuszczają plażę. Po drugie dno, w nocy jawiące się jako obleśne, w dzień przyjęło nas ślicznym żwirkiem i otoczakami. Po trzecie okolica przepiękna, ogromne morzo-jezioro, błękitne, z widokiem na wysokie góry, z falami, ale nie za dużymi, takimi pośród których Młody może z powodzeniem trenować umiejętności pływackie. Po czwarte okazało się, że jesteśmy w urokliwej, małej wsi, gdzie wakacje spędzają głównie Chorwaci, a zagranicznych turystów można ze świecą szukać. Znowu, tak jak w Bułgarii, udało mi się ominąć kurort na rzecz lokalnego kolorytu i świętego spokoju. Jestem przeszczęśliwa, bo mamy rzetelny chillout bez natłoku nic nie wartych, wakacyjnych pokus. Ot jedna buda z lodami, jedna z jakimś fast foodem, dwa spożywczaki i dwie imprezownie, które nas z racji familijności wypadu nie dotyczą. Co prawda niechcący, ale cudo i strzał w dziesiątkę!

Wsiąkamy w klimat, bratamy się z sąsiadami, nadrabiamy zaległe planszówki i planujemy wycieczki do polecanych w przewodnikach atrakcji. Jednym słowem 100% wypoczynku i minimum stresu.

Komentarze

diora.me

2 komentarze “Diora podróżuje cz. I

A Ty jak sądzisz?

Twój adres email nie zostanie opublikowany.