Po prostu „Amy”

Poszłam na „Amy”. Nie dlatego, żebym kiedykolwiek była jej fanką – po prostu Terminatora już widziałam, a nic innego w kinach nie wzbudziło mojego zainteresowania. Muzykę uwielbiam w niemal wszelkich postaciach, więc tematyka jak najbardziej dla mnie.

Spodziewałam się klasycznej historii o nadzwyczaj utalentowanej dziewczynie, zdobywającej przebojem muzyczny rynek – swojego przyszłego zabójcę. Historii wzbogaconej oczywiście o jakieś skandaliczne, niepublikowane dotąd materiały, może nawet lekko tabloidowej.

Zasiadłam z popcornem i colą. Po jakimś kwadransie chrupanie go wydało mi się tak nietaktowne i nie na miejscu, jak chyba jeszcze nigdy w życiu, a potencjalne siorbnięcie colą przez słomkę niemal świętokradztwem. Dlaczego?

Dopiero w kinie zobaczyłam ogrom talentu Amy. To co docierało do mnie z rozgłośni radiowych, telewizji muzycznych nie skłoniło mnie do sięgnięcia głębiej, było jakimś mainstreamowym wycinkiem, kompletnie nie reprezentującym jej twórczości. Widziałam lekko zmanierowaną, uzależnioną od wszystkiego co się da dziewczynę, śpiewającą, że nie pójdzie na odwyk. Może jako nastolatka chwyciłabym przynętę, ale w moim wieku? Nie ta bajka…

Tymczasem podczas seansu urzekła mnie jej muzyka. Nie przeboje, tylko ta wcześniejsza, bardziej jazzowa, soulowa, taka którą się czuje, a nie wyłącznie słucha.

Film pokazał mi kompletnie inną biografię Amy, niż ta o której czytałam w gazetach i niż ta, którą czytam w recenzjach obrazu z kilku ostatnich tygodni. Z tym że nie przedstawił mi jej reżyser, którego sposób prowadzenia narracji zwyczajnie mnie zezłościł, tylko źródłowe materiały w niej użyte. Wersja twórcy niestety jest tendencyjna, wskazuje bezdyskusyjnie winnych upadku i śmierci – to ojciec i były mąż. Pierwszy zamiast chronić porzucił w dzieciństwie, a potem grzał się w jej sławie i jakoby wykorzystywał do własnych celów, drugi zmusił do ćpania. Albo Asif Kapadia w cyniczny sposób chciał wywołać mocniejsze emocje, albo nigdy w życiu nie miał do czynienia z osobą uzależnioną. Obie wersje są do bani, ponieważ oznaczają, że dzieło jest nieuczciwe lub jego autor nie odrobił pracy domowej, przygotowując się do niego.

Problemy Amy zaczęły się już w dzieciństwie. Nie mówię tutaj nawet o rozstaniu rodziców i słowach matki, że nie potrafiła wyznaczyć córce granic i niczego zabronić. Ale piętnastolatka racząca się bez skrępowania trawką, obarczona zaburzeniami odżywiania, o których mówi otwarcie jako o skutecznej diecie, to już były fatalne sygnały. Jakim cudem później miało być lepiej? Doszedł alkohol, w coraz większych ilościach, i twarde narkotyki – w połączeniu z ogromną wrażliwością całość nie mogła skończyć się dobrze. Zaryzykuję stwierdzenie, że bez względu na to jak potoczyłaby się jej muzyczna droga, finał byłby podobny. Zabił ją nałóg, tak jak zabija codziennie tysiące anonimowych ludzi na całym świecie, a nie rodzina, media czy kariera.

Brutalna i trudna do przyjęcia prawda jest bowiem taka, że nikt nie jest w stanie zmusić dorosłej osoby do leczenia, jeśli ona sama nie dostrzeże i nie poczuje, z całą mocą, takiej potrzeby. Wobec uzależnienia bliscy są zupełnie bezradni… Nie pomagają prośby, groźby, błagania, szantaż, przymus… Mają prawo się pogubić, strzelać na ślepo, próbować dziwnych, często nieskutecznych pomysłów.

Dlatego siłę tego filmu widzę w fenomenalnych, wcześniej niepublikowanych materiałach, ale na pewno nie we wnioskach, wysnutych i narzucanych przez reżysera. Są bezpodstawne, bardzo niesprawiedliwe i krzywdzące rodzinę.

PS W kółko słucham pierwszej płyty Amy „Frank”. Jest naprawdę świetna, polecam.

Komentarze

2 komentarze

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.