Samotne wśród najbliżych

Siedzę sobie w tych Radach Rodziców, słucham opowieści Młodych i uderza mnie jak wiele dzieciaków jest cholernie samotnych.

Na co dzień słyszą od nas stare, wyświechtane pytania w stylu: „jak tam w szkole?”, „jak tam na treningu?”. Któż odpowiedziałby inaczej niż „ok” albo „w porządku”? A czego my rodzice się dowiadujemy? Absolutnie niczego

Pozornie zadbane, zaopiekowane, mające wszystko – korepetycje, sowicie opłacone zajęcia, przyzwoite ciuchy (ale bez przesady, żeby się w głowie nie przewróciło), w razie czego zagwarantowane wizyty u terapeuty – przecież każdy świadomy rodzic jest czujny, w razie jakichkolwiek podejrzeń, wątpliwości  wie gdzie się udać, żeby pociecha została „naprawiona”. Z dobrych domów, których wyznacznikiem bywają czasem finanse, czasem wysoki poziom intelektualny, czasem wykształcenie, a czasem uczciwe, pracowite życie – takie jak ojca, dziadka i pradziadka.

Mają zdefiniowane przez rodziców oczekiwania. Nawet nie tyle co do konkretnego zawodu (przecież w dzisiejszych czasach wiadomo, że trzeba dać wybór), ale co do konieczności uzyskiwania pożądanych stopni, zachowania, trzymania z odpowiednim towarzystwem (cokolwiek to znaczy), kontynuowania rodzinnej tradycji.

Nie, to samo w sobie nie jest złe i właściwie całkiem normalne, że rodzina naukowców, przedsiębiorców, muzyków, lekarzy, prawników, rzemieślników etc. chciałaby, żeby kolejni potomkowie nieśli w świat jej wartości, dobrą „markę”, nawet w innej branży, ale o równie wysokiej jakości.

Złe zaczyna być wtedy, kiedy na pytanie o imiona trzech najlepszych przyjaciół dziecka zapada cisza. Kiedy na pytanie o postępy na tych dodatkowych zajęciach rodzice nie potrafią odpowiedzieć.  Kiedy posyłając na zajęcia muzyczne nie wiedzą co to takt, wartości nut i interwały, na akrobatyce nie znają poszczególnych elementów i tekst: „Maaaamoooo!!! Wreszcie skoczyłam twista!!!” nic im nie mówi, nie ogarniają osiągnięć w zakresie kompozycji na plastyce oraz fotografii, nic im nie mówi pokonywanie przewieszki na ściance wspinaczkowej.

Czy mamy obowiązek znać się na wszystkim? Oczywiście, że nie. Ale na tym co pasjonuje nasze dzieci, czym żyją, co jest dla nich ważne – musimy. Jak inaczej można towarzyszyć, mieć świadomość co jest osiągnięciem, sukcesem, co wypadkiem przy pracy, a co prawdziwym fiaskiem? Przecież konkursy, zawody, wymierne wyniki, to tylko cyfry, wypadkowa jednego występu, obarczonego tremą, szaleńczym zdenerwowaniem.

Czy powinniśmy wiedzieć o dziecku absolutnie wszystko? Też nie. Każdy potrzebuje własnej przestrzeni, do której prawo wstępu przysługuje wyłącznie wybranym. Ma prawo do sekretów, o gwarantowanej prawem poufności korespondencji nawet nie wspomnę. Ale już to jaką „pozycję” ma w klasie – czy jest kujonem, średniakiem, wesołkiem, przywódcą, lubiane, odtrącone, z kim się przyjaźni, kogo lubi, a kto go wkurza, zdecydowanie tak! I to który nauczyciel jest fajny, a którego niezbyt poważa. I znać twarze – tych kumpli, znajomych, belfrów. Po prostu mieć  wyobrażenie o codzienności, w której chociażby z racji obowiązków zawodowych, nie mamy możliwości uczestniczyć. Wbrew pozorom jej największą częścią jest szkoła, zajęcia dodatkowe, dla nas praca. Policzcie sobie uczciwie ile godzin w tygodniu jesteście razem, a ile osobno – zazwyczaj rachunek jest prosty – dom nie jest głównym miejscem aktywności ani dzieci, ani rodziców.

Nie jest łatwo,  wbrew pozorom, przyjąć to do wiadomości, bo wielu rodziców bardzo przywiązuje się do znanego z domu obrazu dziecka. I trudno im uwierzyć, że na zewnątrz syn czy córka funkcjonują kompletnie inaczej. Tak bardzo ufają swoim odczuciom i pozornej wiedzy, że nie dopuszczają żadnych innych, czasem niechcianych, krępujących, wstydliwych, ale bywa że i tych godnych pochwały, spektakularnych scenariuszy.

Samotność wśród najbliższych, którymi dla dzieci jesteśmy my, rodzice, to chyba jej najgorszy gatunek… Pomyślcie co wiecie, czy wiecie, odpowiedzcie sobie na te kilka postawionych przeze mnie pytań.

Być, a nie biec. Nie „przelatywać” nad szczątkowymi informacjami, tylko rozmawiać. Pomyśleć o co spytać tak, żeby okazać prawdziwe zainteresowanie np. „co robiliście dzisiaj z Iksem?”, „czego się dowiedziałeś na zajęciach X?”, „w co się bawiliście na świetlicy?”. Być w kontakcie z dzieckiem, jego nauczycielami (szczególnie tymi od pasji!), rodzicami przyjaciół, kolegów/koleżanek, wychowawcą. Po prostu rzeczywiście uczestniczyć w codzienności, wzlotach i upadkach, radości i smutkach, wspólnie przeżywać nadzieję i zawód niespełnionych oczekiwań.

To pozwala uniknąć niechcianych zaskoczeń, daje szansę na pomoc, wsparcie, podpowiedź. Szansę na reakcję i działanie. Bezcenne.

Komentarze

diora.me

A Ty jak sądzisz?

Twój adres email nie zostanie opublikowany.