Szacunek, autorytet i my.

Odszedł prof. Władysław Bartoszewski. Dla mnie autorytet taki, jakich w dzisiejszych czasach ze świecą szukać. Człowiek otwarty na każdego, z klasą, o ciętym języku, którego mogę co najwyżej pozazdrościć, choć niekoniecznie zawsze się z nim zgadzać. Człowiek z trudną przeszłością, przypadającą na ekstremalnie trudne czasy.

Niestety wśród wyrazów smutku, szacunku oraz wspomnień, czytam oskarżenia, niepoparte niczym oprócz domysłów autorów lub tak absurdalne, że własnym oczom nie wierzę. Piszący komentarze chamskie i wulgarne, „prawdziwi Polacy”, najczęściej nie potrafią napisać poprawnie więcej niż dwóch słów w języku ojczystym, za to wyrzygują z siebie słowa „żyd”, „kolaborant” i „zdrajca”. Skąd to wiedzą? Ano z jednego artykułu, który tak naprawdę nie powołuje się na żadne źródła i wkurzył mnie z tej przyczyny niepomiernie.

Do dziś pamiętam, kiedy w liceum przerabialiśmy tzw. literaturę obozową i pisaliśmy pracę na podstawie „Opowiadań” Borowskiego. Dumni oddaliśmy swoje wypociny, czekając na oceny. Polonistka (zresztą moja ulubiona) zjechała nas tak, że nie wiedzieliśmy gdzie góra, gdzie dół… Za co? Za ferowanie wyroków i kategorycznych ocen wobec „negatywnych” bohaterów.

Początkowo broniliśmy się jak lwy, bo przecież „pewne sprawy są oczywiste!”, jednak po dłuższej dyskusji dotarła do nas znacznie bardziej oczywista prawda, a mianowicie: co my, bezpieczne i wymuskane dzieciaki z elitarnej szkoły, możemy wiedzieć o świecie, w którym codziennie zagrożone jest życie własne i naszych bliskich? Czy którekolwiek z nas miało przystawioną do skroni lufę? Idąc do szkoły musiało uważać, żeby nie zginąć lub nie dać się złapać? Drżeć, czy po powrocie zastaniemy rodzinę żywą i w komplecie? Zadowolić się wreszcie chlebem i wodą albo ziemniakami, stanowiącymi jedyne menu, a i to przy zachowaniu sporej dawki fartu?

Otóż nie. Więc jakie mamy prawo wyrokować? Żadne.

Jak pisała Szymborska: „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”. My jesteśmy sprawdzeni co najwyżej w wyścigu szczurów, zdobywaniu pracy, codziennych kłopotach, cierpieniach, ale nie w sytuacji tak skrajnie ekstremalnej, jaką jest wojna, obóz koncentracyjny, komunistyczne ludobójstwo. Każdemu wydaje się, że pierwszy ruszyłby z motyką na czołgi, byłby drugim Kolbem lub Pileckim, zapisałby się na kartach historii jako bohater. Tymczasem żadne z nas nie wie co by zrobił, dopóki nie stanie przed wyborem życie-śmierć (własne lub rodziny). I tyle.

Naprawdę 100% członków rodzin tych „prawdziwych Polaków”, w tamtych czasach, ruszyło z bronią do walki? Poszło dobrowolnie do obozów i nie próbowało ratować z opresji siebie lub bliskich, wszelkimi dostępnymi środkami? Z całą pewnością nie…

Czy tzw. Człowiek Autorytet musi być nieskazitelny? Wg mnie nie, bo absolutne ideały po prostu nie występują w przyrodzie. Zgodnie z moją wiedzą historia nie zna takiego przypadku.

Czy mamy obowiązek zgadzać się z każdym słowem kogoś, kogo przytłaczająca większość uznaje za autorytet? Też uważam, że nie. Każdy ma swój rozum, światopogląd, doświadczenia i filtruje to co widzi i słyszy (a przynajmniej powinien…).

Więc w czym rzecz? Zacytuję prof. Bartoszewskiego:

„Nigdzie nie jest napisane, że człowiek musi być zgodny z drugim, żeby go szanować.”

Tylko tyle, ale jak się okazuje wśród naszego społeczeństwa, aż tyle.

Komentarze

diora.me

Jedna odpowiedź do “Szacunek, autorytet i my.

  • całkowicie się zgadzam 🙂 wielu z tych netowych bohaterów słowa by nie potrafiła powiedzieć w tzw. realu

A Ty jak sądzisz?

Twój adres email nie zostanie opublikowany.