Kolonie – w jakim wieku i co warto wiedzieć?

Sezon na tworzenie planów wakacyjnych w pełni, więc temat w tej sytuacji dość oczywisty. Prawie zawsze pierwsze pytanie rodziców brzmi: w jakim wieku? Z mojego doświadczenia wynika, że w każdym, pod warunkiem, że dziecko albo samo powiedziało, że chce jechać, albo zareagowało entuzjastycznie na taką propozycję. To jedyny wyznacznik. Całą resztę możemy ogarnąć bez problemu ćwicząc w domu umiejętności, które podczas wyjazdu mogą się przydać. U mnie podczas takich ćwiczeń okazało się, że nie ma czego ćwiczyć, bo Młode umiały znacznie więcej niż mnie się wydawało (to chyba dość powszechna przypadłość rodziców… 😉 ). Obydwoje zaczęli swoją przygodę kolonijną mając sześć lat, czyli dość wcześnie.

No dobra. Zdecydowaliśmy, drżąc wewnętrznie o życie, zdrowie i wszelki dobrostan pociechy, że jedzie. I co dalej?

Na dobry początek trzeba znaleźć wiarygodnego organizatora, sprawdzając jego rzetelność – każda kolonia czy obóz powinny być zarejestrowane w MEN. Potem dobrać ofertę, która będzie odpowiadała zainteresowaniom i pasjom dziecka. Ja akurat jestem przeciwna opcjom typu: mały naukowiec lub artysta plastyk, ponieważ uważam, że wakacje powinny być przygodą, najlepiej okraszoną bardzo dużą dawką ruchu na świeżym powietrzu i jak najbardziej różnorodną, stąd pomijając zgrupowania sportowe, związane z całorocznymi treningami, wybieram zwykle propozycje „wszystko w jednym”. Ważne jest też, żeby czas spędzony poza domem był jak najbardziej zagospodarowany, bo pozwala to w jakimś stopniu uniknąć chwil kryzysowych – zwyczajnie nie ma na nie czasu, a wieczorem oczy same uciekają w tył głowy.

A co jeśli jednak kryzys się przydarzy? Przeważnie wystarczy przetrwać. Sama pamiętam, jak w trzecim-piątym dniu kolonii (a „za moich czasów” jeździło się na całe trzy tygodnie) pisałam do domu rozpaczliwe listy (tak, tak, listy, komórek nie było, a do telefonu na pocztę, żeby zamówić rozmowę, szło się raz, góra dwa razy przez cały pobyt), żeby natychmiast zabrano mnie z tego koszmarnego, nieludzkiego miejsca. Po czym, kiedy wyjazd się kończył i trzeba było rozstać się z najlepszymi przyjaciółmi oraz ukochanymi wychowawczyniami, szlochałam rzewnymi łzami,  😉

Sprawy techniczne.

Telefon – ja daję. Uważam, że przesadna obrona przed nowymi technologiami i upieranie się przy tym, żeby dziecko, chcąc porozmawiać z rodzicami musiało lecieć do wychowawców, nie przynosi niczego dobrego. Ale jedna uwaga – kontaktujmy się z głową, czyli w czasie wolnym (unikniemy wtedy wizji śmiertelnych wypadków, kiedy dziecko nie odbiera, bo jest na zajęciach) i nigdy wieczorem, przed snem, bo to czas, w którym tęsknota za domem może być szczególnie silna i niepotrzebnie ją podsycimy.

PSP, Nintendo itp. – daję, ale tylko pod warunkiem, że organizator daje możliwość odebrania ich dziecku natychmiast po dojechaniu na miejsce i zwrot dopiero na trasę powrotną.

Kieszonkowe – oczywiście wg uznania. Ja zwykle daję 10 zł na dzień, ponieważ ceny nawet lodów, czy pamiątek w miejscowościach turystycznych są wywindowane do granic przyzwoitości, a chcę, żeby dziecko mogło w miarę swobodnie funkcjonować. Najczęściej nie ma problemu, żeby kopertę z pieniędzmi (koniecznie drobnymi, żeby mogły być wydawane małymi kwotami) przekazać wychowawcy. Trzeba napisać na niej imię i nazwisko dziecka, kwotę i dzienny limit wydatków.

Pakowanie – każdy organizator, z którym miałam do czynienia, umieszczał na swojej stronie listę niezbędnych rzeczy. Sugeruję, żeby się jej trzymać, ewentualnie poszerzyć ją tak, żeby dziecko miało zestaw bielizny na każdy dzień i nie musiało jej prać (koniecznie trzeba do walizki włożyć duży worek na brudy!) lub o ulubioną przytulankę.

Odwiedziny – nie, nie i jeszcze raz nie! Dziecko ochłonęło po kryzysie, poukładało się w nowych warunkach – przyjazd rodziców rozstraja je natychmiast i całą adaptację szlag trafia. Dodatkowo taka wizytacja fatalnie wpływa na pozostałe dzieciaki, których rodzice nie mogli lub nie chcieli przyjechać – no bo dlaczego do niego tak, a do mnie nie???

Co jeszcze? Najważniejsze to uwierzyć w samodzielność dziecka, nie przenosić na nie swoich lęków, z bananem na twarzy wsadzić do autokaru i napawać się zdobytym w ten sposób, nieograniczonym wolnym czasem. Dobrej zabawy!

Komentarze

diora.me

A Ty jak sądzisz?

Twój adres email nie zostanie opublikowany.